Sylwester Wojnowski - Refleksje o Rzeczywistości

Korowód, czyli refleksja o niewidzialnej barierze dla muzycznej kolonizacji - Niecodziennik - Sylwester Wojnowski - Refleksje o Rzeczywistości

Niecodziennik / Wpis

Tematyka: O produktach


Korowód, czyli refleksja o niewidzialnej barierze dla muzycznej kolonizacji

Sylwester Wojnowski


Dodano: 2024-07-07 15:20:57

Marketingowo napędzany kulturowy imperializm tylko częściowo jest w stanie przebić się przez naturalną barierę jaką tworzy pierwszy język odbiorcy.

Taylor Swift jest dziś na ustach wszystkich, takie przynajmniej można odnieść wrażenie przeglądając anglojęzyczne portale traktujące o muzyce, ekonomii czy nawet polityce. Ta amerykańska piosenkarka i autorka tekstów zrobiła w ostatnich latach, zwłaszcza w komercyjnym sensie, karierę, o jakiej każdy inny artysta może tylko pomarzyć. Stała się ona osobą, od której opinii może zależeć kto za kilka miesięcy zasiądzie w amerykańskim Białym Domu i jaki będzie Produkt Krajowy Brutto Stanów Zjednoczonych, a pośrednio wzrost gospodarczy na świecie. Ta kobieta to niebywały globalny fenomen. Jeden z wielu w ostatnich latach ... które przegapiłem, lub po prostu podświadomie próbowałem ignorować tak długo jak tylko się dało. W końcu jednak przestało się dać, znalazłem więc odrobinę czasu i korzystając z dzisiejszej ogólnej dostępności nowej muzyki przez internet, spędziłem kilka dni słuchając tego co Taylor Swift ma do zaoferowania aby ostatecznie dojść do wniosku, że tak bardzo jak chcę pojąć zmysłami i umysłem ten geniusz i wielkość, to jednak nie potrafię.
 
Taylor Swift zarówno estetycznie jak i muzycznie czaruje, ale nie zabija, celuje ale nie trafia w moje czułe estetyczne punkty. W rezultacie pozostanie ona jeszcze jednym amerykańskim importem, który teraz już świadomie i z czystym sumieniem ignorowany przeminie dla mnie bez echa.

Być może gdybym miał dziś 25 lat, Taylor Swift podbiła by moje serce w ten sam sposób w jak w latach 90-ych zrobiła to Metallica. Patrząc na to drugie wydarzenie z perspektywy czasu, trudno mi się pozbyć wrażeia, że zarówno ten amerykański zespół metalowy jak i nową popowa mega gwiazdę zza oceanu można wrzucić do tego samego worka amerykańskiej kulturalnej propagandy i imperializmu, które tak naprawdę nigdy nie będą mógł kompletnie dotrzeć do samego sedna odbiorcy pochodzącego z kraju w środkowej czy wschodniej Europie jak Polska.

Niewątpliwy talent, ale także umiejętne wdrożenie na rynek, pentatoniki i inne tanie sztuczki dziesiątki lat temu, choć na krótki czas, zrobiły jednak swoje. W mojej trzeciej dekadzie życia Metallica była dla mnie ważna. Utwory tego zespołu płynęły z moich głośników wówczas częściej niż piosenki jakiejkolwiek innej kapeli. Z biegiem lat nastąpiło jednak przesunięcie w kierunku bliższym domu. Amerykanów z listy odtwarzania wyrzucili brytyjczycy z The Toy Dolls i Onglaught, których następnie wyparli Holędrzy z Sinister i Belgowie z Ancient Rites. Muzyczny Beneluks także nie przykleił się na długo i został zastąpiony przez Niemców z Running Wild, Kreator i Tankard. Geograficznie i estetycznie czułem się i byłem już na granicy, prawie w domu. Czegoś wciąż jednak brakowało, czegoś, czego ani Amerykanie ani ludzie w zachodniej Europie komuś w kogo umyśle tli się relatywna unikalność polskiej muzyki dla polskiego jej odbiorcy nie są i nigdy nie będą mogli zaoferować.  

Mając kilka, może prawie 10, lat, gdzieś w radio, być może podczas, co kiedyś nazywało się, o ile dobrze sobie przypominam,  "Muzyczna Jedynką", między Lady Pankiem a Chopinem miałem okazję chyba jeden jedyny raz usłyszeć "Korowód" Marka Grechuty. Utwór, który jak wiele innych któregoś letniego poranka przed wyjśćiem do ogó©dka po truskawki wleciał jednym uchem, a wyleciał drugim. Tak przynajmniej przez całe życie mogło mi się wydawać. Do momentu kiedy, blisko czterdzieści lat później, odnalazłem to coś czego zawsze w każdej muzyce mi brakowało. Po dziesięcioleciach wędrówki, wodzony za nos profesjonalną kulturową propagandą, odnalazłem wreszcie to co od zawsze grało mi w duszy, pchało do przodu i nie pozwalało się zatrzymać w wędrówce, lub raczej powrocie, do źródła.



Błąkanie się i błądzenie, nawet jeżeli tylko po muzycznej mapie świata, ma swoje niewątpliwe zalety. Między innymi, umożliwia on rozwinięcie spektrum wyczucia na to co ma rzeczywistą wartość, a co jest nam tylko umiejętnie sprzedawane, że taką wartość posiada. Im wiecej widzimy i doświadczamy, tym lepszy mamy ogólny obraz przestrzeni po której wędrujemy, a co ważniejsze, będziemy odwiedzać w przyszłości. Dzięki temu doświadczeniu ostatecznie możemy podjąć najlepsze dla nas decyzje, niezależnie od tego, w którą stronęa aktualnie wieje napędzany drukowanym pieniądzem wiatr.

Bez wątpienia, propozycje od Taylor Swift, czy metalowych zespołów jak Metallica mają swoją muzyczną wartość. Niemniej, lirycznie jest ona niewspółmierna do tego czego doświadczyłem w polskim języku. Pierwszy język jest kluczem do zrozumienia obrazu jaki autor utworu próbuje przedstawić, drugi, niezależnie od naszego poziomu jego znajomości, nigdy nie będzie w stanie tego obrazu porównywalnie dokładnie oddać. Dobry, skoordynowany i uporczywy marketing może potrafić sprzedać nam produkt z drugiego końca świata, co dzieje się dziś cały czas, i przez co tak wiele osób niedługo po zapłaceniu czuje się rozczarowanymi, o ile nie oszukanymi ich odruchowymi decyzjami zakupowymi, nie zbuduje on jednak trwałego przywiązania do marki.

Jedna z wielu wniosków z podróży, niezależnie w jakiej przestrzeni, jest taki, że ojczysty język jest jak kotwica, która całe życie ściaga nas do miejsca gdzie dorastaliśmy ów języki nabywając, kotwica, której fale wywoływane przez zewnętrzne siły nie są w stanie unieść czy przesunąć. Nie na znaczne odległości ...



Zareaguj

0 0

Udostępnij

Zabierz głos


Weź udział w dyskusji i zostań członkiem naszej społeczności.

  Dodaj komentarz

Przejdź do dysksji w tym temacie.

Polecane


Nie dla monopolu, czyli refleksja o wspieraniu konkurencyjności i drobnych przedsiębiorców

Każdy, nawet najmniejszy zakup ma szansę przyczynić się do przywrócenia równowagi na rynku i utrudnienia jego monopolizacji.

Łabędzi śpiew tytana, czyli początki są trudne a końce smutne

Dla nawet największego mistrza przychodzi dzień i cios, które ostatecznie kończą jego karierę.

Początek osobistego końca Google, czyli refleksja o ewolucji dobrych intencji w kierunku nadużyć

Usługi Google wydają się w coraz większym stopniu działać dla samej korporacji, a w coraz mniejszym dla jej przeciętnego użytkownika. W moim przypadku oznacza to sygnał, że nadszedł czas na zmiany i odstawienie tak dużej liczby systemów tej korporacji na półkę jak to tylko możliwe.

Lepsze wrogiem dobrego, czyli niewygodny kompromis pomiędzy spełnioną potrzebą i akceptowalnym poziomem nadużycia

Korporacje oferują na ich produkty szybko, tanio i wygodnie. Dlaczego taki układ często nie jest w naszym najlepszym interesie?

Oni wciąż grają to samo, czyli refleksja o subiektywnej racji bytu muzycznie stabilnego zespołu

O tym, że to czy zespół muzyczny przetrwa próbę czasu w dużym stopniu zależy od tego na ile nasz gust muzyczny zmienił się w międzyczasie.

Zgoda na Politykę plików cookies.
Szczegóły